background image
Na Spiszu nr 1 (82) 2012 r.
17
wrażenie. Początkowo czułem się w nim obco. Miasto wy-
dawało mi się smutne. Męczył mnie zgiełk uliczny, zgrzy-
tanie o szyny kół tramwajowych i szarość ścian kamienic
krakowskich.
Powoli wciągnął mnie wir zajęć studenta i oswajania
się z nową rzeczywistością.
Brat Rudolf pracował w Narodowym Banku Polskim.
Bank w budynku przy ul. Garbarskiej posiadał stołówkę
pracowniczą, z której korzystałem przez jakiś czas. Często
jednak jadałem w barach mlecznych a szczególnie w barze
przy ulicy Dolnych Mły-
nów, bowiem mieszkałem
przy ul. Kochanowskie-
go, w niewielkiej odle-
głości od baru. Czasami,
w przerwie między wykła-
dami, z kolegami z roku,
jedliśmy obiady w pobli-
skiej restauracji. Każdy
z nas jadł wg zawartości
swojego portfela .Rozpię-
tość zamożności między
nami była dość znaczna.
Przez kilka lat stołowa-
łem się u zakonnych sióstr
Felicjanek przy ul. Smo-
leńsk. Z tej stołówki ko-
rzystała wszelka biedota,
nieraz odziana w łachmany. Przeważnie podawano ziem-
niaki z kapustą i z plasterkiem kiełbasy, takim cienkim, że
można było przez niego „ujrzeć” cały świat. Ale za to ceny
obiadów były adekwatne do studenckich stypendiów.
W pierwszym roku studiów, w pierwszym i drugim se-
mestrze, miałem do zaliczenia parę poważnych egzaminów.
Słuchałem wykładów profesorów, autorytetów w danej
dziedzinie, jak prof. Zygmunt Grodziński, prof .Władysław
Szafer, prof. Jan Moszew, prof. Henryk Niewodniczański,
prof. Franciszek Górski, prof. Smreczyński..........
Pierwszy egzamin, z anatomii porównawczej, zdałem
u prof. Zygmunta Grodzińskiego z wynikiem bardzo do-
brym. Wracając z egzaminu do domu podskakiwałem z ra-
dości, że zdałem tak dobrze u bardzo wymagającego profe-
sora. Czułem się bardzo szczęśliwy i rozradowany. Kolejne
zdane egzaminy przeżywałem już z większym spokojem, ale
zawsze z radością. Muszę się pochwalić, że w czasie pięciu
lat studiów nie oblałem ani jednego egzaminu a moja śred-
nia ocena wyniosła 4,5. Dzięki temu otrzymywałem dodat-
kowo tak zwane stypendium naukowe. Było mi ono bardzo
przydatne na wydatki „kulturalne ”.
W 1951 roku, w wieku 52 lat, zmarła moja matka.
Miałem wtedy 20 lat. Jak już wspomniałem, rodzice miesz-
kali w Czechosłowacji. Ze względu na bardzo utrudnione
przekraczanie granicy, rzadko ich odwiedzałem. Zawiado-
miony o śmierci matki, zdobyłem z trudem przepustkę i ra-
zem z siostrami mamy udałem się na Słowację na jej pogrzeb.
Na granicy w Niedzicy zostaliśmy przetrzymani przez kilka
godzin, tak, że nie zdążyliśmy uczestniczyć w odprowadze-
niu zmarłej do miejsca wiecznego spoczywania. Na cmen-
tarzu w Źakowcach zastaliśmy już świeżo usypaną mogiłę
mojej mamy. Do dziś nie mogę zapomnieć tak nie ludzkie-
go traktowania nas na
przejściu granicznym.
Po pierwszym
roku studiów, w okre-
sie wakacji, studenci
musieli odbyć praktyki
studenckie. Ja z mo-
imi trzema kolegami
zostaliśmy skierowa-
ni do pracy w PGR.
Mieliśmy uczestni-
czyć w zbieraniu ston-
ki ziemniaczanej, którą
według ówczesnej propagandy, na polskie pola mieli zrzucić
„amerykańscy imperialiści”. Do zbierania stonki została za-
angażowana również starsza młodzież szkolna. W takim to-
warzystwie praca zbieraczy stonki nie była bardzo uciążliwa.
Ponadto pracowaliśmy w charakterze żniwiarzy, wykonywa-
liśmy prace biurowe, planowaliśmy prace polowe itp. Kie-
rownik PGR-u w Miłogoszczy zakwaterował nas w pokoju
pałacyku zajętego przez administrację gospodarstwa rolnego.
Do pokoju wstawiono cztery metalowe łóżka z materacami
nakrytymi kocami. Tutaj spaliśmy i przebywaliśmy w wol-
nych chwilach. Kierownik codziennie budził nas o porannym
brzasku, pomimo tego, że obowiązywał nas ośmiogodzinny
dzień pracy. Bardzo nas to denerwowało, aż któregoś dnia
na sygnał pobudki wszyscy ostentacyjnie odwróciliśmy się na
drugi bok oznajmiając, że do pracy zgłosimy się o godzinie
ósmej i będziemy pracować osiem godzin zgodnie z obowią-
zującym nas czasem pracy. Kierownik przełknął pstryczek
i zaniechał wczesne pobudki. Pracujący w PGR mężczyźni
szukali sposobu na ośmieszenie nas „studencików”. Zapro-
ponowali nam zakład, że nie potrafimy skosić kosą trawy
na wyznaczonym, pofałdowanym terenie. Przegrywający za-
kład mieli „postawić” 2 litry C2H5OH. Zakład wygraliśmy
.W trakcie konsumowania wygranej, kierownik w przypły-
wie szczerości wygłosił następującą sentencję: „ Kochana
młodzieży, wy jesteście jak szlachetne konie, jak was batem,
to wy kopytem”. Widać, że weszliśmy mu głęboko za skórę
nie godząc się na przedwczesne pobudki.
Robotnikami PGR-u byli mieszkańcy przesiedleni
z wiosek łemkowskich w ramach akcji „Wisła”. Tutaj miesz-
kali jeszcze nie wysiedleni do Niemiec rdzenni mieszkań-
cy Miłogoszczy. Pomiędzy obiema społecznościami istnia-
ło napięcie doprowadzające do ostrych konfliktów, a nawet
bójek. O tych faktach dowiedziałem się podczas rozmowy
ze starszą kobietą, Niemką, której udzielałem pomocy w do-
tarciu do lekarza w celu opatrzenia jej uszkodzonej przez
osiłka, ręki.
.c.d.n.
Franciszek Payerhin z bratem
Rudolfem, Kraków-Wawel, jesień
1950 r.
Franciszek Payerhin, Kraków 1954-55
Ludzie
Na Spiszu